Protest: uchwyćmy sens wydarzeń

 

 

 

Krytyki Politycznej ukazała się kolejna na polskim rynku książka bułgarskiego politologa i intelektualisty Iwana Krastewa pod tytułem „Demokracja: przepraszamy za usterki”.

Wydarzenie zbiegło się w czasie z wykładem, jaki wygłosił autor w murach Collegium Civitas, zorganizowanym z inicjatywy Fundacji im. Heinricha Bölla oraz gospodarzy.

Książka podejmuje temat masowych protestów społecznych, które od Wielkiego Kryzysu 2008 roku z nieprzewidywalną częstotliwością wybuchają we wszystkich rejonach świata: od Wall Street w Nowym Jorku po plac Tahrir w Kairze, od Tajlandii po Hiszpanię. Zaczyn do zajęcia się tym tematem dał Krastewowi bunt jego rodaków Bułgarów w 2013 roku, kiedy to grupa ludzi wszczęła protest wobec podwyżki cen energii. Podjęły go tysiące, ale już pod innymi hasłami, ośmiu ludzi podpaliło się, wybierając śmierć w męczarniach.

Pozornie osiągnięto cel: doprowadzono do nowych wyborów, ale – co kuriozalne – zwycięzcy pytani o wybór partii, na którą chcą głosować, stwierdzili, że w ogóle nie wezmą udziału w elekcji. Ten paradoks, jak też wiele mu podobnych, zainspirowało Krastewa do podjęcia tematu. Jak sam mówi, nie ma gotowych odpowiedzi. To raczej czas na analizę procesu, stawianie pytań, próbę zrozumienia. Czy coś łączy protestujących ludzi? Bo nie miejsce, nie status społeczny czy ekonomiczny, nie cele ani postulaty. Czy punkty wspólne to: masowość, brak zaufania do polityków, czy szerzej – do establishmentu? Nawet media społecznościowe nie muszą być zwornikiem, w arabskiej wiośnie bowiem główną rolę odegrała Al Dżazira, a nie Tweeter i Facebook. Czy masowe protesty to wyraz bezradności sfrustrowanych obywateli, którzy manifestują sprzeciw wobec arogancji polityków, korupcji i nieefektywności? Czy są przejawem kryzysu demokracji, schyłkiem pewnej epoki? Czy może raczej nowym narzędziem demokracji XXI wieku?

Na część tych pytań znajdziemy odpowiedź w książce Krastewa, inne nasuną się po lekturze. Już dziś wiadomo, że zjawisko masowych protestów ma charakter transgraniczny i transkulturowy, warto więc nazwać problem, nawet jeśli dziś brak gotowych diagnoz.


Małgorzata Wiśniowska-Deluga